XIII Brzozowskie Sympozjum Historyczne

Kolejną odsłonę skarbca lokalnej przeszłości i kultury zapewniło miłośnikom dziejów regionalnych XIII Brzozowskie Sympozjum Historyczne, na które pracownicy muzeum w nadstobnickim grodzie zaprosili zainteresowanych w środę 17 października. Trzynasta odsłona przedsięwzięcia (która w poprzednich edycjach bywała konferencją z udziałem badaczy z Polski i z Ukrainy, z czasem przyjęła formułę sesji, a ostatnio jawiła się jako sympozjum) pozwoliła na poznanie lub przypomnienie mniej i bardziej znanych wątków związanych głównie ze zjawiskami kulturowymi w XIX i XX stuleciu.

Smakowicie rozpoczął sympozjum dr hab. Robert Lipelt prof. Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Sanoku, prezentując niszowy temat z zakresu historii społeczno-gospodarczej, a mianowicie „Pożywienie ludności wiejskiej w powiecie brzozowskim w końcu XIX wieku”. Zagadnienie to stanowiło pokłosie badań na podstawie ankiet zebranych przez prof. Napoleona Cybulskiego – znamienitego fizjologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Swój wykład autor poświęcił nie tylko okolicom miasta nad Stobnicą, ale dokonał porównań do sytuacji na terenie powiatu krośnieńskiego i leskiego. Zauważył, że na przełomie XIX i XX w.: „obserwujemy intensywny rozwój demograficzny w Galicji […]. Również liczba mieszkańców powiatu brzozowskiego od 1869 r. do 1910 r. wzrasta z 60 tys. do ponad 80 tys. […] Wzrost jest też efektem lepszego odżywiania i to było widoczne w całej Galicji, ale też w poszczególnych powiatach – o 30% zwiększyła się populacja w ciągu tego okresu 40 lat. Był to rzeczywiście niezły wynik. Oczywiście nie tylko lepsze odżywianie czy większa ilość jedzenia powodowała, że ludzie dłużej żyli, średnia życia się przedłużała, ale również poprawiały się warunki zdrowotne. Lepsze odżywianie powodowało, że ludzie byli zdrowsi. […] Odżywianie zależało w sposób oczywisty od rytmu pór roku, inaczej mówiąc, pory roku wyznaczały w sposób naturalny poszczególne etapy, np. przednówka, okres zimowo-wiosenny, gdy było biedniej i głodno, był niedostatek, ale i okres letnio-jesienny, kiedy zbiory były już w spichlerzu i można było więcej wtedy jeść, ale można było część swoich produktów sprzedać. Na charakter diety wiejskiej społeczności tradycyjnej miały wpływ również inne czynniki, a mianowicie tradycje religijne. Musimy o tym pamiętać, że posty były też bardzo ważnym – bym powiedział – wentylem bezpieczeństwa zbiorowości ludzkich, gdyż w czasie postu […] spożycie spadało, dzięki temu – być może – można było wyżyć w innych częściach roku, jeśli mówimy np. o Wielkim Poście czy adwencie. Stąd też zapewne miało to jakiś cel, a przynajmniej tak to się dzisiaj pojmuje”.

Profesor z Sanoka podkreślił, że „Odżywianie w Galicji w końcu XIX w. było problemem, o którym głośno mówiono […]. Powstawały dzieła i prace naukowe, […] np. książka Stanisława Szczepanowskiego pt. »Nędza Galicji w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego« wydana w 1888 r. […] Towarzystwo Opieki i Zdrowia w Krakowie pod przewodnictwem Henryka Jordana […] razem z Napoleonem Cybulskim przygotowało ankietę […], która zawierała 39 pytań, a dotyczyła jadłospisu ludności chłopskiej, m.in. liczby posiłków […], produktów, których używano do jedzenia; spożycia mleka, warzyw i alkoholu; podczas postu, podczas dni świątecznych”. Pytania te zostały dodatkowo podzielone według stanu posiadania ludności na zamożną (gospodarującą na ok. 6–8 ha), średniozamożną i ubogą (osadzoną na mniej niż 2 ha). Spośród ankiet wysłanych przez ośrodek krakowski do wszystkich galicyjskich powiatów wróciło 560 odpowiedzi z poszczególnych miejscowości; z okolic Brzozowa były to: Bachórz, Blizne, Domaradz, Dynów, Golcowa, Haczów, Harta, Nozdrzec, Trześniów i Ulucz. Następnie została przeprowadzona analiza, której efektem stała się syntetyczna publikacja charakteryzująca zagadnienie.

Autor wystąpienia dodał, że wpływ na menu miała także przynależność do danej grupy narodowościowej czy wyznaniowej, co z analizy w powiecie brzozowskim bywało zauważalne, występowały bowiem różnice pomiędzy Rusinami a ludnością rzymskokatolicką. Zaprezentował owoce swojej żmudnej pracy w postaci diagramów, przy czym wyakcentował ciekawostki, np. u bogatych chłopów w Nozdrzcu i Trześniowie spożywano aż pięć posiłków dziennie (nie tylko śniadanie, obiad i wieczerzę), jednocześnie sama liczba posiłków nie decydowała o tym, czy chłop szedł spać głodny czy syty, ponieważ wiele zależało od tego, co i ile jedzono. Dominowała jednak na terenie wybranych wsi powiatu liczba dwóch posiłków dziennie.

Sanocki naukowiec przypomniał, że podstawowym posiłkiem było śniadanie, którym trzeba było się najeść ze względu na siły do pracy. Najczęściej w menu występowały ziemniaki i kapusta, ziemniaki z kwaśnym mlekiem, kapusta kiszona, kluski z serem, kasza, ale nie brakowało dość wyjątkowych pozycji domowego jadłospisu śniadaniowego, jak jajecznicy z pierogami (w Harcie) czy białej kawy zbożowej (w Dynowie). Śniadania najbiedniejszych stanowiły niekiedy kawałki chleba. Potrawy postne nie były sporządzane na mleku lub tłuszczu zwierzęcym, tylko na oleju roślinnym, ale zasadniczo nie różniły się od spożywanych w dni poza postem. Śniadanie latem również nie wykazywało istotniejszych odmienności w stosunku do zimowego odpowiednika. Obiady – spożywane koło południa – bywały przygotowywane „na gęsto”, miały być bardziej syte. Wiele składników, jak kapusta, ziemniaki czy kwaśne mleko, powtarzały się w doborze produktów; do rzadkości należały serwowane o tej porze rosół i sztuka mięsa (w Dynowie), w Trześniowie często podawano bób, groch i suszone owoce, a także duże ilości kasz. Popularne bywały poza tym kluski, makaron i pierogi. Wieczerze z kolei bywały zjadane tuż przed położeniem się do snu. Skądinąd chłopi często na spoczynek udawali się dość wcześnie, właśnie żeby zasnąć, nie jedząc i w ten sposób „oszukać” żołądek, a zarazem oszczędzić jeden posiłek. Spożywano niekiedy to, co pozostało z obiadu lub posiłek bardziej „na płynno”. Dni świąteczne kościelne i z okazji uroczystości rodzinnych kojarzyły się z lepszym jadłospisem i obfitszą konsumpcją, m.in. kiełbas, słonin, flaków z kaszą, a także wielu produktów pszennych, herbaty z rumem czy arakiem i wódki. Niezbyt dokładne dane pozwalają domniemywać, że średnia konsumpcja roczna mięsa utrzymywała się na poziomie od 1 kg (u najuboższych włościan) do 7 kg (w najbogatszych rodzinach chłopskich), chociaż bywały od tego znaczące odstępstwa, np. w Dynowie ok. 36 kg. Alkoholu spożywano przeciętnie ok. 6 litrów w ciągu roku.

Profesor skonstatował, że pożywienie na wsi podbrzozowskiej nie odbiegało zasadniczo od miejscowości w sąsiednich powiatach pod względem ilościowym i jakościowym. Natomiast w bogatszych osadach wiejskich zauważalna była konsumpcja lepszych gatunkowo i obfitszych posiłków w porównaniu do wiosek położonych wysoko w górach, charakterystycznych dla południowych połaci powiatu krośnieńskiego i leskiego.

Wirtualną podróż z problematyki kojarzącej się ze sferą fizyczną do spraw duchowości zapewnił adiunkt Ośrodka Badań nad Polonią i Duszpasterstwem Polonijnym w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II ks. dr Sławomir Zych, ukazując „Kleryków Seminarium Duchownego Diecezji Przemyskiej w Brzozowie podczas okupacji hitlerowskiej”. Nakreślił sytuację u zarania drugiej wojny światowej i dylematy ordynariatu przemyskiego: „W diecezji zaczyna brakować księży. Pojawia się problem, jak długo potrwa wojna i czy będzie można dalej formować przyszłych adeptów do kapłaństwa,
w związku z czym bp Franciszek Barda i jego współpracownicy postanowili, że seminarium należy otworzyć, ale pytanie, gdzie? Próbowano znaleźć takie miejsce, chociażby w Haczowie, ewentualnie myślano o Starej Wsi, jednak dzięki ks. Janowi Teichmannowi […] podchwycono myśl, aby te właśnie studia urządzić w budynkach tzw. dóbr stołowych biskupstwa przemyskiego. Okazało się bowiem, że ks. Teichmann był człowiekiem […] bardzo towarzyskim, poza tym miał status rajchsdojcza (nawet wielu duchownych diecezji przemyskiej podejrzewało go o związki z niemieckimi służbami specjalnymi) […] i szynką oraz wódką przekonywał Niemców o tym, że seminarium trzeba otworzyć”.

Duchowny opisał sytuację materialną seminarium brzozowskiego, drugiego już w dziejach miasta nad Stobnicą, funkcjonującego w latach 1940–1946: „Warunki te były, jak to w czasie wojennym, trudne, natomiast lokalizacja zakładu naukowego w Brzozowie stanowiła jednak konieczność, bo diecezja nie dysponowała innymi budynkami pozwalającymi na kształcenie nowej kadry duszpasterskiej. Przede wszystkim Brzozów leżał w odległości kilkunastu kilometrów od najbliższej stacji kolejowej, a stamtąd trzeba było dotrzeć do miasta, korzystając z wynajętych furmanek. Samo zaś seminarium znajdowało się poza miastem, w pobliskim lesie. Kapłani, którzy odbyli przygotowanie do święceń w czasie wojny, wielokrotnie wspominali o brnięciu przez błota. Pierwotnie klerycy mieszkali i uczyli się w byłym domu zdrojowym. Znajdował się on w odległości około dwóch kilometrów od Brzozowa. […] Budynek posiadał dwa piętra i około 40 pomieszczeń. Wzniesiono go z drewna. Funkcjonowała tam nawet kaplica pw. św. Stanisława Kostki. Ten dom był siedzibą seminarium od maja do końca października 1940 r. Z dniem 4 listopada 1940 r. seminarium zostało przeniesione do sąsiedniej Anatolówki – drewnianej willi położonej w lesie brzozowskim. Stan taki trwał do końca omawianego okresu. […] Był to drewniany, dwupiętrowy budynek, kryty gontami, zbudowany w modnym przed wojną stylu zakopiańskim. […] Znajdowało się w nim ponad 20 pokoi. W zamyśle fundatora miał on służyć jako miejsce letniego wypoczynku dla kleryków seminarium przemyskiego. W domu zdrojowym warunki socjalne były jednak złe. Nie było nawet wystarczającej ilości łóżek. Większość kleryków spała na podłodze, mając za posłanie sienniki wypchane słomą. Przeniesienie się do willi poprawiło nieco sytuację, niestety był to budynek nadający się tylko do zamieszkania w porze letniej. Posiadał pojedyncze podłogi i cienkie ściany, a jesienią i wiosną mieszkańcy musieli zmierzyć się z chłodami, a w miesiącach zimowych było tak zimno, że woda zamarzała w wiadrach. Jeszcze latem 1940 r. za pomocą ks. Jana Teichmanna Anatolówka została nieco dostosowana do stałego zamieszkiwania. Do pomieszczeń wstawiono piece, a klerycy uszczelnili szpary pomiędzy belkami mchem. W późniejszym czasie alumni sami przygotowywali opał do ogrzania budynku”. Autor wystąpienia zacytował dodatkowo fragment wspomnień ks. Adama Sudoła o bardzo ciekawych szczegółach dotyczących codziennego życia alumnów.

Wspomniał także o wydarzeniach, które budziły trwogę wśród alumnów, np. o czasowym zajęciu budynków przez niemieckie pododdziały wojskowe w czerwcu 1941 r., o wielkiej wsypie polskiej konspiracji w lutym 1942 r., o masowym mordzie na ludności żydowskiej w pobliskim lesie w sierpniu 1942 r., a także o walkach niemiecko-radzieckich w lipcu 1944 r.